WYDAWNICTWA CYFROWE ZAWSZE TAM,GDZIE TY

Wydawnictwa cyfrowe to rzeczywiście współczesna rewolucja.Subiektywny Blog poświęcony informacjom i nowościom publikacji elektronicznych pozwalającym zabieganym wykorzystywać maksymalnie czas bawiąc i ucząc,dają niewidomym i niedowidzącym nieograniczony dostęp do wiedzy oraz ograniczają degradacje naszego niepowtarzalnego środowiska.O tym wszystkim piszę.

kontakt ; wydawnictwacyfrowe@gmail.com





Szukaj na tym blogu

wtorek, 16 czerwca 2009

O Jacku Kuroniu - TURYSTYKA STOSOWANA MIĘDZYNARODÓWKI DYSYDENTÓW

TURYSTYKA STOSOWANA MIĘDZYNARODÓWKI DYSYDENTÓW

Pamięci Jacka Kuronia w dniu Jego śmierci

Solidarność Polsko-Czechosłowacka w swej idei odwoływała się do tradycji pierwszych spotkań przedstawicieli KOR-u i KARTY ’77 w Karkonoszach. Było to w latach, kiedy jeszcze nie śniliśmy o Solidarności, żyjąc w kraju zadekretowanego sukcesu. Przesłanie, jakie popłynęło z I Zjazdu „Solidarności:” do ludzi pracy w Europie Wschodniej stanowiło kolejny impuls dla tych, którzy chcieli nadać nowy sens wyświechtanemu: W JEDNOŚCI SIŁA. Stan wojenny nie sprzyjał odnowieniu międzynarodowych kontaktów, ale już w 1984 roku do Pragi trafili pierwsi kurierzy. Działalności SPCzS sprzyjała górska granica i znaczone wzdłuż niej polskie, czeskie i słowackie szlaki turystyczne. Wiodąca rola we współpracy z opozycją u naszych południowych sąsiadów przypadła dwóm ośrodkom: wrocławskiemu, kierowanemu przez Mirka Jasińskiego i warszawskiemu, któremu liderował Zbyszek Janas. Spotkania w górach i akcje przerzutowe wydawnictw i materiałów poligraficznych odbywały się siłami osób, które nie były kojarzone z działalnością opozycyjną. Nad nimi musiał istnieć „ochronny parasol” znanych nazwisk. Służył temu zorganizowany przez Jacka Krąg Przyjaciół SPCzS.

Niemal dokładnie w dekadę po pierwszym międzynarodowym mitingu, choć tym razem w Sudetach Wschodnich, Jacek ponownie spotkał się ze swoimi czeskimi i słowackimi przyjaciół. Ale. po kolei….

Jako przewodnik sudecki zadbałem o jak najlepsze uwiarygodnienie prowadzonej w góry grupy kuracjuszy z Lądka Zdroju. Blacha na swetrze, zlecenie przewodnickie w kieszeni. Stroje grupy stosowne do pięknego sierpniowego dnia. Wraz ze Zbyszkiem Janasem i Mirkiem Jasińskim szliśmy z Lutyni w kierunku Góry Borówkowej, wyprzedzając o kilkaset metrów resztę grupy. Polanka, kościółek, jakiś tatrzański redyk, który aż w Góry Złote zapędził się „za chlebem” i zmotoryzowany… plutonowy WOP-u. Trochę mnie zmroziło, choć nasze nazwiska nie wzbudziły jego podejrzeń, gdy postanowił zaczekać z nami na resztę „kuracjuszy”. Z lasu dobiegał już charakterystyczny głos Jacka i wtedy poczułem, że zamiast mrożenia odczuwam wzbierającą ciepłość. Ba, wprost fale gorąca mnie zalewały! Pierwszy dowód osobisty okazał Janek Lityński. „Pan nigdzie nie pracuje!” rzucił dzielny wojak i zadowolił się wytłumaczeniem Lita, że jest on rencistą. Zbyszek Bujak nie zdążył nawet zareagować na podobną kwestię, gdy usłyszał „czy pan jest bratem Janusza?”. Zdębiał, podobnie, jak i my. Wszak każdy Bujak w tamtych latach mógł się spodziewać pytania o koligację ze Zbigniew, a już Zbigniew mógł się jedynie oczekiwać pytania: czy ten Bujak, to Pan? Każdy, ale nie podoficer WOP-u, który w kapowniku zapewne miał odnotowane nazwisko groźnego przemytnika, nie zaś międzynarodowego obalacza systemu. Żołnierz rozpromienił się przy legitymowaniu Józka i radośnie zameldował „O widzicie Panowie, Pan Pinior, to przynajmniej studiuje”. Józek rezolutnie okazał mu legitymację ze studiów doktoranckich na KUL-u. Przy ostatnim uczestniku spodziewaliśmy się wszystkiego najgorszego, co objawiło się na moich plecach naprzemiennymi strugami zimnego i gorącego potu… „Jacek Kuroń… Jacek Kuroń… No nazwisko Pana nie jest mi obce… A tu widzę, że Pan nie jest nigdzie zatrudniony!”. Na co Jacek pełen oburzenia i ekstremalnie charakterystycznym głosem odparł „Jak to?! Przecież ja jestem PUBLICYSTĄ!”. I tu trzeba naprawdę użyć wyobraźni, aby ujrzeć iluminację na twarzy plutonowego „Oczywiście Panie Jacku! Ja Pana znam! Znam Pan z Dziennika Telewizyjnego”. Wszystko się zgadzało, poza kontekstem…


W sumie nasz plutonowy był równie proroczy, jak rok później Adam Michnik, który w piękny lipcowy dzień rzucił do HavlaVašku, Ty się nie trap, Ty za dwa lata będziesz Prezydentem Czechosłowacji!”. Obok stał drugi Vašek, Malý.- katolicki ksiądz w konspiracji. Złapałem stosowny wiatr w żagle i namaściłem go na biskupa. Słowa Adam zdecydowanie wcześniej ciałem się stało. Havel nawet dwóch lat nie musiał czekać, Malý troszkę dłużej.

Kończę dygresje i wracam do wydarzeń z sierpnia 1987 roku. Zasapani i zlani potem, najkrótszą drogą, czyli bez zakosów i prosto w górę, dotarliśmy na szczyt Borówkowej. Czekamy, czekamy… Wreszcie, po niemal godzinie, widzimy Havla prowadzącego zastęp znacznie niż nasz liczniejszy. Wita się z Jackiem. Serdecznie przeprasza za spóźnienie i jakby chciał uczynić zadość, okazuje znajomość polskich obyczajów politycznych, nadmienia: „No my w Pradze dobrze wiemy, że sierpień, to jest miesiąc kiedy w Polsce wcale nie pije się alkoholu. Dlatego nie zabraliśmy ze sobą nawet jednej butelki piwa”. Czy potraficie wyobrazić sobie twarze polskich delegatów?! Na szczęście Jacek zabrał ze sobą kilkulitrowy termos, który na szczyt trafił na moich plecach.

Tego dnia byłem naprawdę dumny, że mój wysiłek nie poszedł na marne i walnie przyczyniłem się do zażegnania pierwszego konfliktu w Międzynarodówce Dysydentów. Do żadnych kolejnych pretekstu już nie było o czym najlepiej świadczą dłonie Havla i Kuronia, na słynnym zdjęciu z 1988 roku, zaciśnięte w geście przyjaźni na „starym myśliwcu”, szlachetnym napoju, o którym, „žadový člen Polsko-česckoslovenske solidaritý”, Vaclav Havel dowcipnie acz politycznie opowiadał swego czasu Kuroniowi: „wiesz, Jacku, komunizm z ludzką twarzą w Czechosłowacji raczej się nie udał, ale za to trunek z ludzkim obliczem mamy znakomity” :-)

Za Twą pamięć Jacku „starym myslivcem” przepijam…

Wrocław, 17 czerwca 2004 roku spisał z pamięci Ducin

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga